Jak wiecie nasza wyprawa to nie tylko „podróż dla podróżowania”, ale chcemy wrócić bogatsi w doświadczenia ale również stworzyć wirtualny przewodnik po Parkach Narodowych… Może kiedyś jak uda się wydać nawet książkę….

Dziś reprezentujemy Wam trasę naszej podróży. Pierwszy etap podróży to ok 1040 km i do pokonania Słowacja – Węgry – Rumunia. Plan zakłada, że w każdym państwie chcemy zobaczyć co najmniej jeden Park Narodowy i co najmniej jeden zabytek UNESCO.

więcej inf : https://www.facebook.com/ToyotaKobosAdventure?ref=hl

I etap Polska - Rumunia

W oczekiwaniu na podróż

Mija kolejny dzień przygotowań…. Parki Narodowe już zaznaczone na mapie…

Przed nami jeszcze miesiąc pracy w Bieszczadach. Drzewa powoli nabierają jesiennych kolorów, robi się coraz bardziej bajecznie..Ogarnia nas powoli taka nostalgia, emocje pojawiają się myśląc o czekającej nas zimowej wyprawie.SONY DSC

Na serwisie polakpotrafi.pl od kilku dni bez zmian… ale wciąż mamy nadzieję, że jeszcze wesprzecie nasz projekt, pozdrawiamy

Nasze relacje i pomysł na wyprawę będziecie mogli przeczytać już w najbliższym wydaniu Tygodnika Sanockiego.
Odpowiemy na pytania dotyczące celu podróży i o tym, jak można wesprzeć nasz pomysł 


Witaj, czytelniku!

Witaj na moim blogu podróżniczym!

Bardzo się cieszymy, że jesteś z nami! Zapraszam do lektury. Znajdziesz tutaj opisy moich podróży po świcie. Zdjęcia z najciekawszych i dzikich zakątków państw Europy, Afryki i Azji. Znajdziesz tu ciekawostki, sentencje, wskazówki i porady jak tanio podróżować.

Podróżuje od dawna, jest to moja pasja, która ciągnie mnie przed siebie

Zapraszam również na moją stronę internetową i facebooka gdzie znajdziesz aktualności z kolejnych wypraw: 
https://www.facebook.com
/ulawpodróży

www.bukoweberdo.pl

Miłego blogowania! :-)

Bałkany 2012

Podróże uzależniają, wiem to z własnego doświadczenia. To taki magnez i chęć zwiedzenia całego świata.

4500km – dwa śpiwory – jeden namiot – dwie osoby – jeden motocykl
Dlaczego tam – bo tam nas jeszcze nie było. Nasz plan był jeden – dotrzeć do Albanii!

Gotowi na wyprawę

Początek nie był łatwy – musieliśmy zmieścić ekwipunek dwóch osób na jednym motocyklu. Wzięliśmy więc namiot, śpiwory, karimaty, ciuchy motocyklowe, coś na zmianę i resztę najpotrzebniejszych rzeczy.
Z dnia na dzień lista stawała się coraz dłuższa, a my głowiliśmy się jak to zrobić by cały bagaż razem z nimi zmieścił się na motorze. W końcu po ostatecznej selekcji udało się.

Wyruszyliśmy 18-tego września.
Opuszczaliśmy zimną Polskę i kierowaliśmy się jak najdalej na zachód.
Podziwiając Słowację dotarliśmy na przejście graniczne z Węgrami. Wszystkie drogi prowadzą do wielkiej stolicy – Budapesztu. W końcu po przebiciu się przez autostradę skierowaliśmy się do centrum. I tu rozpoczęła się moja gehenna. Bardzo nie lubię dużych miast, a poruszanie się po nich przyprawia mnie o zawał. Trąbiące samochody, korki i wszędzie piesi. Z zamkniętymi oczami przemierzałam stolice Węgier . Zależało nam na nocowaniu blisko centrum, by móc pozwiedzać starówkę miasta. Znalezienie taniego hotelu w sumie nie było możliwe. Miasto do najtańszych nie należy, jednak nocne widoki trochę rekompensują nadwyrężony wydatek.

Budapeszt nocą
Budapeszt nocą
Budapeszt nocą
Budapeszt nocą
Budapeszt nocą
Budapeszt nocą

Po śniadaniu kierujemy się nad Balaton.

Nad Balatonem
Nad Balatonem

Droga mija przyjemnie. Poruszaliśmy się wzdłuż wybrzeża Balatonu, by na nocleg zatrzymać się w okolicach Koposvaru. Kolejnego dnia witaliśmy się z Chorwacją.

Obowiązkowym naszym punktem był Par Narodowy Plitvickie Jeziora.
Masa turystów, dużo polaków i piękne wodospady. Krystalicznie czysta woda zachęcała do zakazanych kąpieli. Można było tylko patrzeć i marzyć by schronić się w chłodnym, wodospadzie przed słońcem. Zwiedzanie tego kompleksu zajęło nam cały dzień – ale było warto.

SONY DSC SONY DSC SONY DSC SONY DSC SONY DSC

SONY DSC

Wieczorem zasłużony odpoczynek, a rankiem kierunek – wybrzeże Chorwacji. Wszystko fajnie, tylko jakoś nie pomyśleliśmy o tym, że w Chorwacji ciężko o kawałek zielonej trawy. To był ciężki nocleg, jednak wschód słońca nad Adriatykiem zrekompensował nam tą kamienistą noc.

Chorwacja to piękne wybrzeża, ciekawie ulokowane domy i ciepłe morze. Chociaż oboje jesteśmy raczej fanami gór, to Adriatyk robił wrażenie.
Piękne wyspy na morzu, trochę egzotyczna przyroda sprawiała, że można było poczuć się dosłownie jak na wakacjach.

Mijał kolejny dzień podróży, a my kierowaliśmy się do Bośni i Hercegowiny. Zostawiliśmy za sobą piaszczyste plaże, ciepłe morze i ruszyliśmy dalej. Postanowiliśmy pojechać do Medjugorii. Trasa, którą jechaliśmy prowadziła po serpentynach ze wspaniałymi widokami i jeszcze większymi przepaściami. Blisko Sanktuarium można było dostrzec wiele autokarów i wycieczek z całej Europy. Ulice toną w pamiątkach, obrazkach i wycieczkach. Prażące słońce, tłumy turystów, a my w ciuchach motocyklowych. Po chwili ruszyliśmy dalej- kierunek – Mostar.
Miasteczko, które jest kolejnym punktem wielu wycieczek. Słynny Stary Most, to wciąż największa atrakcja tego miasta. Kamienny Łuk wznoszący się nad nurtem Neretwy. Na turystów czeka jeszcze jedna atrakcja – można obserwować śmiałków skaczących
z mostu.

Kamienisty nocleg
Kamienisty nocleg
Mostar
Mostar
za skok trzeba zapłacić
za skok trzeba zapłacić
Kamienny most
Kamienny most

 

Przed nami Sarajewo.

Sarajewo to duże zatłoczone miasto. Dobrze, że podróżowaliśmy motocyklem, bo czekałoby nas długie stanie w korku, a tak udało się nam wślizgnąć do miasta w miarę szybko. Podczas takiej wyprawy „odpoczynek” to pojęcie względne. Po chwili już spacerowaliśmy uliczkami Sarajewa. Zaskoczyło nas to miasto; witryny sklepowe, restauracje, kawiarnie, sklepiki z pamiątkami.
Turyści mieszali się z miejscowymi, którzy siedzieli w kawiarniach popijając mocną kawę.
Tak wygląda centrum, jednak wystarczyło opuścić główne ulice, a świat się zmieniał. Ciemne uliczki, śmieci leżące na chodnikach. Kontrast pomiędzy dwoma światami.
W przewodniku przeczytaliśmy o wodospadzie Skakavac, który znajduje się zaledwie 13 km od Sarajewa. Szybko się zorientowaliśmy, że ta odległość to tylko złudne kilometry. Wyjechaliśmy za miasto, potem krętymi dróżkami wjeżdżaliśmy na szczyt. Dojechaliśmy pod masyw Bukovika. Zostawiliśmy motocykl i ruszyliśmy dalej w kierunku wodospadu. Minęliśmy pierwszy znak, że mamy 4 km do wodospadu.
Po drodze minęliśmy jeszcze ze dwie tabliczki z napisem 4 km i 3km. Gdy mieliśmy już zawracać okazało się, że dotarliśmy na punkt widokowy. Patrzymy i …Nie mogliśmy znaleźć wodospadu!

kierunkowskaz na wodospad
kierunkowskaz na wodospad
Jadąc do Sarajeva
Jadąc do Sarajeva
Sarajevo nocą
Sarajevo nocą

SONY DSC

droga do wodospadu Skakavac
droga do wodospadu Skakavac
koniec asfaltu
koniec asfaltu
prowizoryczny szlak na wodospad
prowizoryczny szlak na wodospad

SONY DSC

kolejny kierunkowskaz
kolejny kierunkowskaz
i znów kierunkowskaz
i znów kierunkowskaz

Tzn była skała, ale brakowało na niej wody. Z prawie 98m spływał niewielki strumyk. Może gdybyśmy tu trafili po deszczu było by inaczej. Trochę rozczarowani wróciliśmy do motocyklu, by po chwili ruszyć dalej.
Tym razem nocowaliśmy w Parku Narodowym Sutjeska. Z miejsca noclegu mogliśmy obserwować najwyższy szczyt Maglic (2386 m n.p.m).
Czarnogóra przywitała nas wspaniałymi krajobrazami. Kręte i wąskie drogi, przepaście, góry, a w dolinach rzeki i jeziora.
Mijaliśmy jezioro Pivskie położone między górami. Jadąc serpentynami skręciliśmy drogą na Żabljak. To była chyba najpiękniejsza trasa, jaką przejechaliśmy podczas naszej wędrówki. Wkroczyliśmy na teren Parku Narodowego Durmitor.

SONY DSC

Park Narodowy Durmitor
Park Narodowy Durmitor

SONY DSC SONY DSC SONY DSC SONY DSC SONY DSC SONY DSC

Droga przez Park Narodowy
Droga przez Park Narodowy

Bardzo kręte drogi, wąskie i przepiękne panoramy. Pierwsza wioska jaką tam napotkaliśmy to Grabovica. Położona na wysokości ok. 1300 m n.p.m. Minęliśmy kilka zabudowań i stada pasących się owiec. Najciekawszą rzeczą było boisko do koszykówki na zakręcie.

Boisko na zakręcie
Boisko na zakręcie

Pomiędzy górami można dostrzec jeziora polodowcowe. Tego nie da się opisać, to trzeba zobaczyć. Po kilku godzinnym przejeździe dotarliśmy do miejscowości Zabijak. Jest to najwyżej położone miasto w Czarnogórze 1450 m.n.p.m.
Byliśmy coraz bliżej celu – już jutro mieliśmy przekroczyć progi Albani.
Poruszając się wzdłuż wybrzeża jeziora Szkoderskiego, gdzie można zobaczyć flamingi. Zaraz po wjeździe do kraju skończył się asfalt, a stacja benzynowa, którą ujrzeliśmy przekonała nas, że „witamy” w innym świecie.

Stacja benzynowa - Albania
Stacja benzynowa – Albania
Tuż za granicą
Tuż za granicą
Witamy w Albani
Witamy w Albani

Pierwsze większe miasto, do którego wjechaliśmy to Shkoder. I już wiedziałam, że strach jaki czułam na przepaściach to nic w porównaniu z poruszaniem się po Albanii. Co prawda Kuba wspaniałe sobie radził w kraju bez zasad ruchu drogowego, to ja z przerażeniem patrzyłam jak poruszaliśmy się pod prąd, a światło czerwone jest tylko ozdobą. Na dwóch pasach ruchu było miejsce dla trzech samochodów, dla rowerzystów, oraz spacerujących ludzi, zaś ci co szli na zakupy zatrzymywali samochód po prostu na lewym pasie. Udaliśmy się do Tirany
i tam zostaliśmy na nocleg. Po zakwaterowaniu wybraliśmy się na zwiedzanie stolicy. Miejsce to w niczym nie przypominało wcześniej mijanych miast. Nowoczesne restauracje, kawiarnie i miasto tętniące życiem.
Centrum to plac Skanderbega. Po intensywnym zwiedzaniu stolicy wróciliśmy do hotelu,
by znów kolejnego ranka wyruszyć, tym razem do Macedonii.
Pobyt w Albanii był krótki, ale to daje nam powody by znów tam wrócić.
Następnego dnia mijany Elbasan i docieramy nad jezioro Ohridsko. Leży ono na granicy dwóch państw: Albanii i Macedonii.

SONY DSC SONY DSC SONY DSC SONY DSC SONY DSC SONY DSC SONY DSC
Tam też zatrzymaliśmy się na odpoczynek. Niektóre kurorty były już prawie puste, a inne wciąż tętniły życiem.

Algida
Algida
Nad jeziorem
Nad jeziorem

Bliskość Grecji była widoczna w architekturze jak i w samym jedzeniu. Powoli docierała do nas myśl, że chcąc nie chcąc będziemy musieli się udawać w drogę powrotną.
Po odpoczynku nad jeziorem ruszyliśmy w głąb Macedonii. Krajobraz trochę się już zmienił; znikły palmy, drzewa oliwne i jakby góry trochę inne. W planie mieliśmy odwiedzić stolice – Skopje.
Zapadał już zmrok, a my nie mieliśmy pomysłu na nocleg. Podczas poszukiwań poznaliśmy dwóch motocyklistów Josepha i Darko.

SONY DSC

Gdy nasi towarzysze dowiedzieli się, że kolejnym celem naszej podróży jest Kosowo mocno nam odradzali. Przekonało ich dopiero nasza dziennikarska ciekawość. Poradzili nam więc, abyśmy zdjęli nalepkę, którą nakleiliśmy w Albanii. Była to flaga tego kraju. Posłuchaliśmy ich, choć nie bardzo rozumieliśmy dlaczego. Jak się potem okazało, była to dobra rada.

Nasze obawy z odwiedzinami związanymi z Kosowem miało kilka podstaw. W każdym prawie przewodniku czy też na stronach internetowych było zapisane, że jeśli wjeżdża się do tego kraju z południa, to nie wypuszczą cię na północy. Planowaliśmy przejechać przez całe Kosowo i dotrzeć do Serbii. Zastanawialiśmy się czy po prostu nie dotrzeć do stolicy i zawrócić, tak jak inni radzili. Dlaczego Kosowo – chcieliśmy zobaczyć jak wygląda teraz ten kraj po zakończeniu działań wojennych. Nie wiedząc za bardzo, co będziemy jeszcze tam robić i co zobaczymy, wjechaliśmy na teren Kosowa.
Poruszaliśmy się głownie trasami turystycznymi. Może to zbyt duże określenie „turystycznymi” bo raczej zabytków w tym kraju nie zobaczymy. Chodziło mi raczej o trasy dość uczęszczane. Jadąc przez wioski mijaliśmy dosłownie tysiące myjni samochodowych i drugie tyle złomowisk. Kosowo wygląda jak jeden wielki plac budowy, bieda miesza się z luksusem.

Serbskie flagi w Kosowie
Serbskie flagi w Kosowie

SONY DSC

wciąż widoczny konflikt ... tablica w Kosowie
wciąż widoczny konflikt … tablica w Kosowie
stacje wojskowe
stacje wojskowe
czołgi na trasie t powszechny widok
czołgi na trasie t powszechny widok
Wjazd do stolicy Kosowa
Wjazd do stolicy Kosowa

Wielkie budynki z basenami obok niewielkich chałupek. Na swej drodze minęliśmy czołgi, jednostki KFOR i bazy wojskowe. To co rzuca się w oczy to flagi amerykańskie i… Unii Europejskiej. Mówi się, że Kosowo to takie dziecko UE i USA. Nie ma, więc co się dziwić, że gdzie tylko się da, powiewa flaga Amerykańska.
Po paru godzinach docieramy do stolicy – Pristina. Tam widać, że miasto dopiero zaczyna się budować. Można dostrzec reklamy hoteli, restauracji, których jeszcze nie ma.
Będąc tu postanawiamy zakupić jakieś pamiątki. Z racji tego, że mamy ograniczone miejsce i tonaż w motocyklu pozostaje kupić nam kartki pocztowe. Jednak gdy tylko pytam
o „postcard”, każdy kiwa ramionami, jakby nie bardzo wiedział, o co mi chodzi. Zrezygnowana już wracałam, gdy zobaczyłam coś „ala” kiosk. Były w nim pocztówki tzn. po prostu wywołane zdjęcia blokowisk stolicy – cóż musiałam się tym zadowolić.
Pamiątki zakupione, więc pozostawała decyzja czy zawracamy czy też jedziemy dalej. Postanowiliśmy pojechać i spróbować.
Minęliśmy miejscowość Titova Mitrovica i po jakimś czasie świat Kosowa się zmienił. Znikły bloki, salony samochodowe, bary, restauracje zaś flagi amerykańskie zostały zastąpione Serbskimi. Minęliśmy tablicę z napisem „To jest Serbia” mimo, że wciąż byliśmy na terenie Kosowa.
Podróżując tam można było dostrzec samochody bez rejestracji, wszystko po to, by zakwestionować oddzielność Kosowa. Serbowie niechętnie przyznawali się, że mieszkają w Kosowie, oni wciąż czuli się związani z Serbia.
Powoli zbliżaliśmy się do granicy, Zastanawiało nas co będzie dalej. Po dotarciu na granicę daliśmy paszporty. Poproszono nas jednak także o dowód osobisty. Po chwili przyszedł pogranicznik i życzył nam szerokiej drogi karząc jechać dalej. Uff udało się… Po chwili byliśmy już w Serbii. Noc spedziliśmy w tanim przydrożnym pensjonacie. Wiedzieliśmy, że kolejnego dnia czeka nas długi dzień, chcieliśmy zobaczyć Belgrad.

ślady wojny
ślady wojny
Belgrad
Belgrad
Kosowo jest,było i będzie Serbskie
Kosowo jest,było i będzie Serbskie
ul. Tadeusza Kościuszki
ul. Tadeusza Kościuszki

SONY DSC SONY DSC SONY DSC SONY DSC

Stolica dawnej Jugosławi, przywitała nas upałem i tysiącem samochodów. Po zakwaterowaniu nie odpoczywaliśmy zbyt długo, bo chcieliśmy zobaczyć miasto. Sprawdzając mapę na recepcji podszedł do nas Brano, który oprowadzał nas po Belgradzie. Spacerowaliśmy ulicami miasta, zobaczyliśmy Nowy Belgrad, miejsce gdzie Sava wpada do Dunaju. Spacerowaliśmy po Kalemegdanie – ruinach Tureckiej twierdzy. Byliśmy pod Polską ambasadą, ale także widzieliśmy zniszczone przez NATO budynki ministerstwa. Jak się okazało Serbowie bardzo nie lubią amerykanów. Uważają, że Kosowo należy do nich. Dla potwierdzenia tego nasz przewodnik pokazał nam plakat z napisem: „Kosowo było jest i będzie Serbskie. To był już nasz ostatni punkt zwiedzania. Dalej już tylko mniejsze temperatury, w myśli obowiązek powrotu do domu i plan, by znów gdzieś wyruszyć.
Przez Węgry i Słowacje przejechaliśmy tranzytowo.
Po 18 dniach wróciliśmy szczęśliwi, ale i chyba spragnieni nowych wypraw.
Gdzie teraz – nie wiem. Ale na pewno tam, gdzie nas jeszcze nie było.

Powrót
Powrót

Autostopem po marzenia

Za dwadzieścia lat bardziej będziesz żałował tego, czego nie zrobiłeś, niż tego, co zrobiłeś. Więc odwiąż liny, opuść bezpieczną przystań. Złap w żagle pomyślne wiatry. Podróżuj, śnij, odkrywaj.
Dwa temu przeczytałam ten cytat gdzieś przypadkiem. Była to książka kobiety, która przejechała cały świat na stopa. Pomyślałam wtedy sobie – ta kobieta jest wspaniała… mieć trochę odwagi i wyjechać. Stwierdziłam wówczas – nie ma rzeczy niemożliwych – wystarczy chcieć…
Ta świadomośc we mnie dorastała. Oczywiście podróżowałam na stopa ale to były niewielkie odległości. Było tak, aż do tych wakacji. Siedząc sobie gdzieś w Wali (akurat byłam w górach )– postanowiłam – pojadę gdzieś. Afryka – tak po prostu wpadła mi myśl po czym stwierdziłam – czemu nie?
Gdy wróciłam napisałam do znajomego z zapytaniem czy ma plany na wrzesień. Powiedział ,że nie więc powiedziałam: -„jadę do Afryki” – jedziesz ze mną?”
Za dwa dni mi odpisał , że się na to pisze.
Same przygotowania trwały następne dwa dni . Najpotrzebniejsze zakupy, apteczka , śpiwór – karimata – oto nasz cały ekwipunek.
Jest 17 września 2009.
Wyruszaliśmy z Rzeszowa o świcie. Jeszcze nie do końca pewni i świadom i własnego szaleństwa staneliśmy na przystanku. Nie musieliśmy czekać długo – pierwszy samochód zatrzymał nam się po jakiejś minucie. Potem dotarliśmy do granicy w Barwinku czterema samochodami. Większość ludzi jak słyszało gdzie jedziemy albo stukało się w głowę albo z przerażeniem pytali się  – PO CO? TAM? Ale zawsze życzyli powodzenia a co niektórzy dawali nam swoje numery telefonu aby napisać jak dotrzemy do celu. Cel – to było u nas pojęcie względne. Bo tak naprawdę w podróży na stopa nie ma określonego celu.
Z Barwinka wyruszyliśmy z Jackiem przez Słowacje na Węgry, gdzie mieliśmy pierwszy nocleg tuż obok parkingu.

Notatki z podróży to podstawa

Notatki z podróży to podstawa

Drugiego dnia dotarliśmy wciąż z Jackiem na Słowenie do Ljubljany. A stamtąd dotarliśmy do malowniczego miasteczka nad Morzem Adriatyckim. Tak właśnie witaliśmy Włochy. Tutaj udało nam się poznać Anite. Kobieta która miała korzenie ukraińskie i chorwackie. Opowiadała nam swoją historię życia (a tak nawiasem mówiąc tu zaczęły się rozmowy w paru językach na raz –czasem nawet jeśli jakiegoś się nie zna)
Dnia trzeciego 20.09.2009 można powiedzieć że trochę nas poniosło  -  i to dosłownie. Wylądowaliśmy w Rzymie! Do Rzymu dotarliśmy razem z Marcinem(wcześniej jechaliśmy z paroma osobami z Włoch). Jak to się stało że dotarliśmy aż tutaj? To był impuls. Po prostu jak to określiłam – nigdy przecież nie byłam w Rzymie. Wprawdzie nie mieliśmy jeszcze nawet pomysłu na nocleg ale, jak zawsze pomysł sam się pojawił. Mam znajomego księdza w Rzeszowie, więc napisałam do niego czy nie ma tutaj jakiegoś znajomego księdza. Jak się okazało – ma .
Ojciec Mario przyjął nas pod dach klasztoru i tam spędziliśmy dwie noce.

Mati - kompan podróży Rzym nocą

 

Miedzy czasie zwiedzaliśmy cały Rzym – wspaniałe i piękne miasto, które zachwyca wąskimi uliczkami, tysiącami fontann. Byliśmy także w Bazylice na grobie Jana Pawłą II, zwiedzaliśmy Koloseum i wędrowaliśmy nocą Rzymskimi uliczkami. W ciągu tych niecałych trzy dni udało nam się tak naprawdę zobaczyć tylko niewiele twego pięknego i starego miasta. Cóż – trzeba było ruszać dalej. Postanowiliśmy już do samej Afryki przemieszczać się wzdłuż lini brzegowej z widokami na morza. Z Civitavecchia jechaliśmy z dwójką Włochów, z którymi było bardzo ciekawie. A mianowicie po drodze łamane były wszystkie przepisy ruchu drogowego . Tam po raz pierwszy przebiegaliśmy  przez autostrade, bo musieliśmy się dostać na drugą strone. Stamtąd dotarliśmy z Tonim do  Genovia. Jak by to określić piękne miasto , wspaniałe zabytki ale co ciekawego – w tym mieście właściwie nie ma drzew . Niestety nie było jak rozbić tutaj namiotu więc po zwiedzeniu miasta dostaliśmy się na pociąg i w nocy dotarliśmy do Ventimiglii.

Nie zawsze było płasko

Nie zawsze było płasko

W ciągu kolejnych dni zwiedzaliśmy Francje i w końcu dotarliśmy  do Hiszpani. –27.09.2014. Przystanek – Barcelona i dwu dniowa wielka impreza „Marcia”. Festiwal jeden z większych w Barcelonie. Wyobraźcie sobie tysiące turystów, parady przez miasto i koncerty w każdym zakątku miasta.

DSC01676 DSC01680 DSC01689 DSC01690

 

Słonce, plaża i cytryny na drzewach.
Z Barcelony dotarliśmy to Cullery. Tutaj postanowiliśmy odpocząć i zregenerować siły.

DSC01790Nad morzem Festival Marce Sagrada FamiliaCasa Milà DSC01787 Koncerty w każdym zaułku Barcelony

 

Po dwóch dniach wyruszyliśmy dalej – Alicante, Murcia, Almeria. Sama południowa część Hiszpani robi ogromne wrażenie. Czerwona ziemia, miasta na skałach, tysiące szklarni na zboczach gór, czterdzieści parę stopni w cieniu, i ciepła woda w morzu. Byliśmy coraz bliżej celu . Inna kultura inna mentalność ludzi – zupełnie inny świat.

W Almerii łapaliśmy stopa na końcu miasta przez ok. 2 i pól godziny co było dotychczas najdłuższym naszym postojem w 40 stopniowym upale.

DSC01881 DSC01895 DSC01898 najdłuższe łapania stopa

 

Kiedy już nic nie chciało działać – zaczęła nas ponosić wyobraźnia . Postanowiłam więc zrobić drugą kartkę i napisać „ Me pedes IIevar un tramo” co oznacza  – podrzuć mnie kawałek i poskutkowało to . Wkrótce zaraz potem jechaliśmy już do Malagi. Byliśmy już tak blisko u celu. Sami nie mogliśmy w to uwierzyć, że tak blisko już jesteśmy. Z Malagi dotarliśmy do Marabelli. Tutaj siedząc niedaleko stacji benzynowej pytaliśmy kolejnych ludzi o możliwość dotarcia na Gibraltar.

Jak się okazało pewien Jamal powiedział że … jedzie aż do Afryki!!! Juuuupi. Byliśmy niesamowicie szczęśliwi. Z Jamlem pojechaliśmy na Gibraltar, ale tam trzeba było długo czekać na prom, więc pojechaliśmy do Algeciras. Tutaj kupiliśmy bilety i poszliśmy na odprawe… Wkrótce mieliśmy wejść na prom aby popłynać do Tangeru. I w końcu wyruszyliśmy… z błyskiem w oczach siedzieliśmy we troje na tarasie i patrzyliśmy jak zbliżamy się do naszego celu… 01.10.2014.

Na promie DSC01992 DSC01996

 

Tyle kilometrów za nami, tyle przygód i nieprzespanych nocy i oto zbliżaliśmy się do ziemi Afryki, zbliżaliśmy się do innego świata. Na promie nie odbyło się bez przygody – kiedy trzeba było podbijać paszporty my siedzieliśmy na górze na promie i cała ta odprawa nas minęła. Trzeba było więc potem szukać „pana celnika” abyśmy mogli wyjść z promu. Gdy już byliśmy prawie u brzegu -  udało nam się uzyskać pieczątki w paszporcie . Poszliśmy do samochodu z Jamalem. Coraz to lepiej nam się rozmawiało. Jamal zna 7 języków i jest poł maltańczykiem poł Marokańczykiem. Zatem gdy wyjechaliśmy z promu ruszyliśmy do Tangeru. Moje pierwsze wrażenie – byłam przerażona i zaszokowana. To było jak inny świat. Marokańczycy są znani z bardzo dużej gościnności i otwarcie do ludzi. „Nasz przewodnik” Jamal zaproponował nam nocleg u siebie w Chechaouen  a my niewiele myśląc  – zgodziliśmy się. Daliśmy mu pieniądze nasze aby nam je rozmienił ( w Maroko są ogromne prowizje w banku jak wymienia je turysta i to jeszcze w banku). Więc z Jamalem pojechaliśmy w kierunku Chechaouen. Po drodze mijaliśmy góry, pustynie i pola rozciągające się aż po horyzont. Te widoki są nie do opisania.

DSC01998 DSC02005 DSC02012

 

Po noclegu u Jamalem rankiem wyruszyliśmy do Fezu.
Jechaliśmy tam autobusem mijając odległe pola i pustynie, ludzi, którzy stoją przy drodze aby sprzedać jakieś owoce. Uderzająca w tym kraju jest niestety bieda. To da się zauważyć zaraz przy wjeździe do Afryki. Poza tym wioski bardzo się różnią od miast. Miasta powoli zatracają swoją dzikość a tak naprawdę już jej tam nie ma. Wiec jeśli ktoś myśli że Afryka to tylko pustynia i drzewa to bardzo się myli. Miasta są trochę podobne do naszych. Znajdziemy tu sklepy, restauracje , bary czy bloki. W większych miastach organizowane są wieczorne imprezy… Zaś wioski są to miejsca gdzie można poznać choć trochę prawdziwe życie danej rodziny, gdzie można zobaczyć jak żyją przeciętni bądź bardzo biedni mieszkańcy danych osad.

DSC02034 DSC02035
Mijały godziny a my powoli docieraliśmy do Fezu. Oczywiście trzeba było dostosować swój ubiór do kultury Marokańczyków. Zatem przy 40 stopniowym upale mieliśmy na sobie długie spodnie i koszulki , które zakrywają raniona. Po wyjściu z autobusu spotkaliśmy samotnego „Amerykanina”, który zwiedza też Afryke i we troje wyruszyliśmy na poszukiwanie jakiegoś taniego hotelu. Idąc w kierunku starego miasta byliśmy wciąż zaczepiani przez innych Marokańczyków w celu oferowania noclegów, byliśmy zapraszani już na herbatę do sklepu – co wiązało się z zakupami. Tutaj bardzo ważna jest sama asertywność.

Noclegowe negocjacje

Po długich poszukiwaniach  znaleźliśmy tani hotel w samym centrum starego miasta, a więc nie mogliśmy lepiej trafić. :Po zostawieniu naszych rzeczy wyruszyliśmy na zwiedzanie Fezu. Gwar, zgiełk to nas przywitało zaraz po przekroczeniu progu hotelu. Owoce, zapach przypraw i sama magia tej kultury tworzy niesamowity klimat. Wąskie uliczki w których nie sposób się nie zgubić robią wrażenie. Drugiego dnia pojechaliśmy zwiedzać Meknes. Do Meknes dostaliśmy się za darmo taksówką ponieważ zapłacił za nas jakiś ojciec z synem. Ogólnie komunikacja taksówek jest bardzo śmieszna. Chodzi o to ,że ten transport jest bardzo tani a do taksówki siada tyle osób ile się zmieści w samochodzie – zatem sama podróż taksówka jest to kolejne ciekawe doświadczenie. Wiec dotarliśmy do Meknes . Po harmidrze i nieustannym gwarze Fezu , wydaje się być oazą spokoju. Oczywiście w afro-arabskim znaczeniu cisza…
Szerokie, wysadzane palmami i kwiatami aleje przypominają te z południowo-francuskich czy hiszpańskich miast. Oczywiście trzeba było spróbować marokańskiej herbaty czyli herbaty z duża ilością mięty i niesamowitą ilością cukru. Wędrując uliczkami spotyka się gdzieś w zakamarkach mężczyzn zatopionych w recytacji religijnych wersetów. Meczety, fontanny i niezwykłe budownictwo zachwyca na każdym kroku. Precyzja wykończeń i to wielkie oddanie własnej kulturze  – od tych ludzi można się tylko uczyć. Cały dzień upłynał nam bardzo szybko a wieczorem musieliśmy wracać do Fezu. Tutaj zostaliśmy zaproszeni do domu Marokańczyka Kuskusa. Pokazał nam jak mieszka.

Miszkanie Kus-kusa

Nie da się ukryć , że chwilami bardzo dziwnie się czułam ponieważ nie było tam ani jednej kobiety ponieważ nie przebywają one razem z mężczyznami. I co niektórzy trochę się dziwnie patrzyli. Ale jak to sam Kuskus określił – są oni bardzo otwarci na inne kultury, których nie potępiają.

DSC02056 Fez nocą Garbarnia

A wracając jeszcze do samej kultury i kobiet to był też problem z jedzeniem. Mam tu na myśli, że większość restauracji jest tylko dla mężczyzn a kobiety nie mają tam raczej wstępu. Wiec poszukiwanie restauracji” tam gdzie można było zjeść z kobietą” to było też ciekawym doświadczeniem. Po gościnności u Kuskusa wróciliśmy do Hotelu, aby rankiem wyruszyć w kierunku pustyni i rozległych pól – do Sidi – Harazemu. Piękna i zachwycająca sobą  wioska położona wśród gór i rozległych pól. Dotarliśmy tutaj autobusem, który rusza dopiero wtedy kiedy jest on pełny. A wygląda to mniej więcej tak – autobus zajeżdża na miejsce , staje , otwiera drzwi i kierowca zaczyna wołać i trąbić klaksonem. I tak aż autobus się zapełni. Wiec kiedy stan był już pełny ruszyliśmy aby po prostu odpocząć od zgiełku marokańskich ulic. Uderzył nas zupełnie inny świat, wielbłądy czy ludzi leżących  gdzieś  w cieniu palm . Nabraliśmy wody z cudownego źródełka i ruszyliśmy dalej w kierunku horyzontu. Po godzinnej wędrówce znaleźliśmy się na wzgórzu pośród pól i suchych traw. Gdzie niegdzie było tylko widać kaktusy, które rosły na spękanej ziemi od słońca. Usiedliśmy tutaj i zostaliśmy. To uczucie jakiego tam człowiek może doświadczyć jest wprost nie do opisania. Przed Tobą pola, pustynia i tylko cisza.

Sidi Harazem

 

Odległa jest cywilizacja i ludzie. Jedynie gdzieś w oddali dało się zauważyć jednego pasterza, który powracał do domu. Właściwie tutaj spędziliśmy cały dzień i kiedy już słonce zaszło za horyzont i pojawiła się pierwsza gwiazda powoli zaczęliśmy wracać do Fezu. Stamtąd mieliśmy autobus to Tetuan , gdzie byliśmy umówieni z naszym Jamalem.
Nocą więc jechaliśmy do kolejnego miasta, jednak tym razem już zmierzaliśmy w kierunku północnym. Po przyjeździe spotkaliśmy się z Jamalem i odebraliśmy reszte swoich rzeczy, które zostawiliśmy u niego pierwszego dnia. Jama zabrał nas na plaże, zabrał nas jeszcze do paru miejscowości. Nie omieszkaliśmy ominąć restauracji marokańskiej i spróbować ostatni raz przez wyjazdem ich kuskusu czy herbaty. Łapiąc ostatnie spojrzenia na ukochane Maroko(bo ten kraj można pokochać, wystarczy tylko nie walczyć z ich kulturą i zwyczajami tutejszych ludzi a naprawde można utonąć w tym pozornie dzikim i odległym świecie). Powoli zbliżaliśmy się do Ceuty . Tutaj Jama nas zostawił i obiecał , że w przyszłym roku odwiedzi nas tutaj w Polsce.

DSC02329 na słynnej herbatce z mięta z Jamalem z Jamalem

Wciąż jeszcze żyjący tajemnicami tego kraju, zwiedzaliśmy już Hiszpańską Ceute(choć jeszcze na kontynencie Afrykańskim). Właściwie przekraczasz granice i już jesteś w innym świecie. Wprawdzie mieszkają też tu Marokańczycy, ale nie było problemu z ubiorem czy jedzeniem. Po zwiedzaniu miasta poszliśmy kupić bilety na prom i trzeba było wiedzieć, że za chwilę czeka nas powrót.
Siedząc na promie 07.10.2009 patrzyliśmy jak powoli opuszczamy krainę tak bliską ale i daleką zarazem. Wiedzieliśmy ,że już półmetek podróży za nami. Nie mogliśmy tak naprawdę wciąż uwierzyć, że udało się! Tak, my naprawdę byliśmy tam.
Po 40 minutach byliśmy już w Europie. Tutaj zatrzymaliśmy się w Taryfie. Siedząc wieczorem na plaży widzieliśmy brzegi Afryki, morze przed nami a góry za nami. Tutaj jest wszystko co człowiekowi do szczęścia było potrzebne. Kąpiąc się w Oceanie Atlantyckim marzyło się, aby tu jeszcze powrócić.
Rankiem wiedzieliśmy, że czeka nas długa podróż powrotna. Łapiąc stopa zatrzymała się grupa z Brazylii.

DSC02453 :) Ja i Mati z grupą z Brazylii

Pojechaliśmy z nimi do Sewilli i tutaj zostaliśmy na dwa dni. Samo miasto naprawdę zachwyca. A kiedy mieliśmy wyruszać dalej spotkaliśmy na parkingu polaków – nareszcie ojczysty język. A więc i na parkingu zostaliśmy kolejną noc w Sewilli. Następnego dnia jednym z kierowców zabraliśmy się i dotarliśmy aż pod granice Francji. Stamtąd przez Lyon, Dijon dotarliśmy do Nancy. Stąd dotarliśmy do Luksemburgu. Powoli dawało odczuwać się zmianę klimatu i temperatury. I już nie było palm … powoli wracaliśmy do rzeczywistości. Z Luksemburgu wylądowaliśmy w Belgi. Jeszcze tylko po drodze Liege i Holandia. Tutaj gdy przyjechaliśmy było już zimno.

W ciągu dwóch dni 10.09.2009 zmieniliśmy temperaturę o 30 stopni. Zwiedziliśmy Amsterdam a potem pojechaliśmy do Harlemu, gdzie nocowaliśmy. Wprawdzie chcieliśmy jeszcze zostać, ale jak się okazało musiałam już wracać na zajęcia na studia. Wiec kolejnego dnia pojechaliśmy do Arnhem skąd zaczęliśmy łapać stopa. Udało nam się zatrzymać chłopaka, który jechał aż do Berlina. Myślimy świetnie! Wkrótce będziemy już w Polsce. Jednak po godzinie jazdy okazało się że chłopak z którym jedziemy musi wracać na Francję po jakiś rozładunek. Zatem musieliśmy wrócić potem na właściwą drogę więc czekała nas przeprawa przez sześciopasmową autostradę.  Adrenalina podnosi się naprawdę wysoko. To była chyba jedna z tych chwil, kiedy się naprawdę bałam.

W Holandii poranki były już zimne ja nie wracam

Po przebiegnięciu autostrady trafiliśmy na parking. Tutaj złapaliśmy stopa i pojechaliśmy aż pod granicę niemiecką. Stąd kolejny stop do Szczecina. A co nam tam… tutaj też nas jeszcze nie było. Zatem Hannover, Berlin i na północ pojechaliśmy do Szczecina. Przekraczając granice pogratulowaliśmy sobie – udało się. W ciągu miesiąca zwiedziliśmy cała Europę i byliśmy w Afryce.

Szczęśliwi pożegnaliśmy się i poszliśmy na pociąg. Stąd obraliśmy kierunek przez Wrocław. Kraków do Rzeszowa.
Wysiadając w Rzeszowie już tęskniliśmy za kolejną wyprawa. Analizując ją doszliśmy do wniosku, że podróże naprawdę kształcą i uczą.
Dziś siedząc już ze śmiechem wspominamy pewne epizody. Kiedy gdzieś w jakiejś wiosce spotkaliśmy polaków, kiedy weszliśmy do hotelu w Maroku i pierwszego kogo spotkaliśmy byli Polacy, kiedy spaliśmy na parkingu największym w Europie pośród dwóch polskich tirów, kiedy szukając noclegu natrafiliśmy na stado dzików z małymi. Kiedy biegaliśmy o świcie po plaży szukając muszli i widzieliśmy jak meduzy są wyrzucane na plaże przez fale morskie.
Opowiadać można by tygodniami, ale to i tak nie odda charakteru tego co widzieliśmy. Tego się nie da opisać, to trzeba przeżyć. Na pewno nie poprzestaniemy na jednej podróży. Mateuszowi marzy się Rosja , ja bym chciała zobaczyć Syberie. Alaska, Japonia i jeszcze południowa Afryka… jest tyle miejsc do zobaczenia. Na pewno nie zawaham się kiedy ktoś mnie spyta – jadę do Chin – jedziesz. Odpowiem , że tak. Bo myślę że na tym polega życie. Aby nie bać się i wciąż spełniać własne marzenia. Wydaje mi się , że to dopiero początek podróży, początek czegoś niesamowitego.

Bo każda podróż zaczyna się od pierwszego kroku..